Nie było mnie tu tak długo, że aż mnie wylogowało? No bez przesady. Czas leci tak szybko, że odkładanie wszystkiego przychodzi mi łatwiej niż łatwo. Jest połowa miesiąca, miałam napisać w poniedziałek. Miałam zrobić wiele rzeczy. Mam ostatnio wrażenie, że się gubię. Mam na głowie za dużo spraw, za dużo osób. Ktoś ciągle czegoś ode mnie chce, zaczyna mnie to powoli irytować. Muszę sobie wszystko poukładać i zaplanować. Przemyśleć jak zorganizować czas po feriach, żeby mieć go wystarczająco dużo na zrobienie wszystkiego co konieczne. Mam wam do powiedzenia tyle rzeczy, ale w zasadzie to o żadnej nie mam odwagi i potrzeby pisać. Powody pisałam w poprzednich notach. Z całą pewnością nie czuję już pustki. Wszystko jest, tylko muszę to jeszcze poukładać na odpowiednie miejsca. Będzie dobrze, nie? Już jest. Mimo, że codziennie jest coraz gorzej, to patrząc ogólnie jest lepiej niż kiedykolwiek. Takie odnoszę wrażenie.
Poproszę Mary o uśmiech!
Nigdy nie sądziłam, że głupi przypadek tak niespodziewanie i nagle zmieni coś w moim życiu. Każdego dnia dowiaduję się czegoś nowego. Każdy dzień przynosi nowe doświadczenia. Nowe fakty. Nowe wyzwania. Uczysz mnie jak sobie z nimi radzić. Jak pomagać sobie i innym. Mam wrażenie, że to rekompensata od losu. W końcu się na nią doczekałam. I mimo, że dalej nie załatwiło to wielu spraw, to nie czuję się już tak obciążona. Mogę spokojnie odpocząć, wziąć głęboki oddech. To było mi bardzo potrzebne. Spokój ducha. Nie, jego jeszcze nie ma. Nie mogę patrzeć jak ktoś mi bliski sam sobie robi krzywdę. Nie znoszę tego. Nienawidzę, gdy nie mogę na to w żaden sposób wpłynąć. Zrozumiałam jak jestem słaba. Widocznie się do tego nie nadaję. To trudniejsze niż myślałam. Nie łatwo jest wmówić coś ludziom. Chyba że działasz na ich podświadomość. A może ja jestem zbyt podatna na słowa? Zbyt ufna, zbyt... Nie wiem. Człowiek w jednej sekundzie może zniszczyć relację, o której mówił "nie do pokonania". Dlatego warto dbać o bliskich nam ludzi, prawda? Chyba że mimo wszystko, oni wybrali inaczej...
Nie chcę się chwalić, ale jestem szczęśliwa.
Uwielbiam ten czas nadejścia słońca po burzy. Ta burza była inna. Trwała kilka miesięcy, przyniosła mnóstwo klęsk, nauczek, zawodów. Wstałam dziś rano z uśmiechem na twarzy. Aż trudno mi uwierzyć, jak wiele przypadkowych zdarzeń to spowodowało. Czuję, że moje nastawienie do świata bardzo się zmieni. Byłam zbyt pesymistyczna, nie wierzyłam w ludzi. Nadal uważam, że jesteśmy zbyt wpatrzeni w nieodpowiednie wartości. Sama taka jestem. Byłam. Za dużo myślałam o przyszłości, nie dawałam sobie szans, aż w końcu całkiem przestałam o niej myśleć. "Przecież samo się ułoży", to było moje jedyne usprawiedliwienie. Teraz wiem, że sama muszę zająć się swoim życiem. Nie muszę kochać wszystkich ludzi. Wystarczy, że będę otaczać się tymi, którzy kochają mnie. Nigdy nie rozumiałam ani przesadnych optymistów, ani samobójców. Samobójców dusz również. Gdyby nie te kilka przypadkowych zdarzeń to prawdopodobnie sama zniszczyłabym własne wnętrze. Zrobiłabym coś, co zniszczyłoby mnie jako człowieka. Nauczyłam się bardzo wiele. Zobaczyłam, że tak naprawdę wystarczy kilka chwil by stało się jasne kto jest kim. Najbardziej przeraża mnie to, że od nowa muszę kształtować swoje poglądy. Przynajmniej nie muszę robić tego sama. Mieliście rację. Wszyscy mieliście rację. Myślę o przyszłości i mam uśmiech na twarzy. Muszę starać się o nią teraz. Przecież tak niewiele czasu zostało do opuszczenia rodzinnego domu i szukania własnej drogi. Chcę nią kierować sama. Właśnie sobie to uświadomiłam.
Siedzę na łóżku przed pustym polem. Trzymam ręce na klawiaturze. Myślę.
Skrócone lekcje zmusiły mnie do stania na zimnie przez godzinę. Mimo że pierwsze 20 minut zleciało mi dość szybko, to jednak po pewnym czasie poczułam, że mam na nogach wysokie buty. Stoję na dworcu, patrzę, myślę. Ci wszyscy ludzie ciągle biegną, każdy w swoją stronę. Czy doszło do tego, że zamieniliśmy się w jedną, wielką, szarą masę? Na prawdę liczą się tylko obowiązki, ciągłe przemieszczanie się z miejsca na miejsce, załatwianie spraw, które właściwie nas nie obchodzą? W sumie, robimy to bez namysłu, czy jest w tym jakikolwiek sens. To nie ma znaczenia, ważne, że mam to zrobić. Ciekawe jaki procent ludzi w moim wieku stanowią osoby, które kładąc się wieczorem do łóżka nie myślą o jutrzejszym sprawdzianie, spotkaniu z kumplami czy wyjściem do kina. Chyba często słyszymy pytanie "co u ciebie?". I podejrzewam, że większość z was nie lubi go tak jak ja. Ale sama je zadaję. Tak, jak wczoraj. Co słyszę w odpowiedzi? "Jadę tam i tam, robię z kimś to i tamto..". Ale ja pytam co u ciebie, w twojej głowie, a nie w twoim otoczeniu. Każdy na jakieś tam swoje sprawy, którym poświęca czas w ciągu dnia. A w nocy wszyscy śpią. Nie każdy ma taką chęć i zapał, żeby tak jak my, blogerska społeczność, usiąść na chwilę i pomyśleć tylko nad tym, co mamy w głowie. W zasadzie to oni sami nie wiedzą jacy są. Nie potrafią się zidentyfikować. Podporządkowują się pewnej grupie, żeby nie myśleć nad swoja osobowością, bo nie mają na to czasu. Przecież wykonują swoje obowiązki.
Dostałam dziś skargi, że zapominam o pozdrowieniach. Wszyscy mówimy "cześć" Martynie, którą macie na dole :)
Już. Skończyło się. Jeszcze kilka dni będą strzelać fajerwerkami aż w końcu całkiem im przejdzie. Dwa tysiące czternaście. Te daty się coraz trudniej wymawia. Każdy robił sobie podsumowania minionego roku. Ja w sumie nad tym wcześniej nie myślałam, ciągle mówiłam sobie, że to bez sensu skoro jeszcze się nie skończył. Wczoraj, kiedy położyłam się kilka minut po północy do łóżka, zaczęłam myśleć. Strasznie dużo rzeczy zdarzyło się w tym roku po raz pierwszy. Pierwszy raz przekonałam się, co to znaczy "przyjaźń". Pierwsze poważne wzloty i upadki. Pierwsze poważne decyzje. Pierwszy paraliżujący stres. Pierwsze błędy. Pierwsze nauczki. Jeszcze kilka rzeczy mogłabym tu dodać. Nawet dość istotnych. Ale muszę mieć tutaj jakieś granice, prawda? Nie mogę mówić wszystkiego, chcę część zachować dla siebie. Ogólnie ten rok był dla mnie równie zły co i dobry. Spotkały mnie w nim najgorsze i najlepsze chwile w życiu. Zmieniłam się. Moje patrzenie na świat tym bardziej. Poznałam najwspanialszych ludzi na świecie. Najwspanialszych.
Napisałam w poprzednim poście ledwo dwa zdania o "objedzeniu się" na święta. 90% komentarzy dotyczyło właśnie tego. Mam dwie hipotezy. Albo czytacie tylko początek, albo piszecie podobny komentarz na podstawie tego, co przed wami napisali inni. Nie chcę narzekać. Choć w sumie właśnie to robię. Wiecie... dla mnie pisanie posta to nie jest 10 minut. Siedzę nad nim czasem nawet godzinę, bo akurat coś nowego przyjdzie do głowy, albo zupełnie zmieniam jego kompozycję. Czasem mam go już praktycznie skończonego, a jednak go nie publikuję. Pamiętam, że raz miałam taką sytuację, kiedy byłam w 99% zadowolona z tego, co napisałam. Zawsze czuję ten niedosyt. Zawsze jest coś, co chciałabym wam powiedzieć, a nie mogę. Albo nie chcę. Jest masa takich rzeczy. Czasem mnie to denerwuje, ale w końcu coś musi sprawiać, że przyjaciele są wyjątkowi. Jakbym tu o wszystkim pisała, to oni byliby bezużyteczni. Wczoraj miałam szansę zobaczyć, kto tak naprawdę choć trochę się mną przejmuje. Ostatnio dość często mam dołka. Zauważyłam też, że niektórzy piszą tę samą regułkę... "jesteś wyjątkowa". Wczoraj znów to usłyszałam. Albo.. "nigdy takiej nie spotkałam". To, że człowiek ma tysiąc przemyśleń na każdy temat, nie czyni go od razu wyjątkowym. To, że mam głupie marzenia, też nie. Choć kiedy przeczytałam "nie jest głupie, jest piękne", to się autentycznie rozryczałam. Tak pozytywnie. Niektórzy traktują mnie jak odludka. Całkowicie odcięłam się od społeczności w moim mieście. Raz na miesiąc spotykam się ze starymi znajomymi i dopiero dowiaduję się o jakichś incydentach z udziałem osób, z którymi pół roku temu widywałam się codziennie. Żyję teraz zupełnie czymś innym. Moje życie jest strasznie niestabilne. Raz jest tak, zaraz jest inaczej. Chcę, żeby Ci ludzie przynajmniej zostali. Oni mi odpowiadają. Mimo że bardzo się różnimy. Nie potrafię z dnia na dzień zmienić się w roześmianą imprezowiczkę. I się w kogoś takiego nie zmienię. W Sylwestra będę słuchać koncertów w telewizji, ale powiem że spędzę go z książką, piernikami i gorącą herbatą, żeby lepiej brzmiało. Nowy rok jest niezmiennie co 12 miesięcy. Kolejny pretekst, żeby się napić. Dla mnie coś takiego jest absurdalne i się nie zmienię. Może nawet po 18. zostanę abstynentką. Czemu nie. Myślałam też o wegetarianizmie, bo w zasadzie to lubię tylko kurczaka. I właśnie ten kurczak mnie od tego powstrzymuje. Mogę być wegetarianką plus kurczak. Ale jest też inna kwestia. Wegetarianin to ktoś, kto walczy o dobro zwierząt, jest wrażliwy na ich cierpienie i protestuje nie jedząc mięsa? Nieważne. Nie lubię też sałaty, a na jajku nie wyżyję. Mogę pożegnać się ze zmianą kuchni. Chyba że przerzucę się na chińszczyznę jak już wyniosę się do jakiegoś większego miasta. Moje kubki smakowe są bardzo wybredne.
Zaczynając na rozmyślaniu o mojej osobowości, kończąc na kuchni. Kto
doczytał do końca, niech napisze na dole. Fajnie mi będzie. Sprawdzimy
kto cwany 2 pierwsze zdania przeczytał. Ale i tak was kocham.
Mój nos wcale taki nie jest.





